niedziela, 26 października 2014

Ona temu winna...

W wakacje chodząc na spacery z synem wypatrzyłam u sąsiadów "graty" przynajmniej sąsiedzi tak uważali gdyż te "graty" szykowali do wyrzucenia. Z moim podejściem zbieracza zapytałam się o ich przeznaczenie a skoro miały być wyrzucone to postanowiłam je przygarnąć. O czym mowa - o półce i wodniku. Już jakiś czas temu je odnowiłam czyli pomalowałam na biało ale brak czasu oraz miejsca w kuchni żeby je tam umieścić. Ostatnio gdy mąż był w domu postanowiłam z jego pomocą poprzestawiać meble żeby zrobić im a dokładniej półce miejsce bo to właśnie ta półka zmobilizowała mnie do zmian

Półka przed przemianą

A tu po

Wodnik przed

I po
mam tylko problem z wykończeniem blatu, w oryginale był czarny plastik który niestety nie wiem jakim cudem się skurczył i teraz muszę pomyśleć jak go rozciągnąć żeby go nie uszkodzić

Moja kuchnia nie jest dużym pomieszczeniem ale za to "gratów" w niej dość sporo. No co ja poradzę że nie umiem sobie odmówić kolejnego ładnego mebla. Tłumaczę to sobie tak: kiedyś przecież się przeprowadzę do naszego nowego domu i trzeba będzie go czymś urządzić prawda? Tylko nie wiem ile mi się jeszcze tego zmieści :) w obecnym domu. Przy okazji półki pokaże Wam mój kredens, wcześniej już się pojawiał na blogu tutaj o nim wspominałam a tu też widać jego kawałek. Pewnie nie raz się jeszcze tu pojawi. Kupiłam go w zeszłym roku za 120 zł. Najlepsze w tym kredensie jest to że farba którą został pomalowany była droższa niż on sam:) nie mam niestety zdjęć z tego jak wyglądał wcześniej.


A teraz reszta mojego przemeblowania, kolejne zdjęcia pokazują ten sam róg przed i po:





Na reszcie ścian stoją meble kuchenne które widać troszkę na zdjęciu z lodówką (jeszcze w rogu). W dolnych szafkach mam same szuflady takie jak pod piekarnikiem. Mam wrażenie że są wygodniejsze niż półki otwierane. Na górze są właśnie półki. Tak wiem że piekarnika nie mam na równi z blatem tylko jest obniżony o jakieś 15 cm ale jak się jest niskim człowiekiem to jakoś sobie trzeba radzić. A piekarnik pod kuchenką mi się nie podoba. Stół też został przestawiony a na nim nasze dzisiejsze śniadanko - w angielskiej oprawie:)


A przy okazji kuchni pokażę kilka moich ostatnich nabytków:

tak do świąt jeszcze daleko ale nie umiałam sobie odmówić za bardzo mi się spodobało a i cena przystępna

drewniane sztućce najprawdopodobniej do sałatki ale bardziej pasują mi do nowej (starej) półki 

kolejny świąteczny dodatek gwiazdy ale kolor ich przypasował mi właśnie do półki, obok buteleczki w ładnym drewnianym pojemniku

 A na zakończenie dzisiejszego dnia - babeczki


Mam nadzieje że Was nie zanudziłam
pozdrawiam
Ania

wtorek, 21 października 2014

Trochę jesiennych dekoracji

Pogoda w kartkę - raz świeci słonko a tu znów pada deszcz. Jak się jest w pracy to nie ma się czasu na patrzenie za okno (zwłaszcza że się go nie ma), natomiast w domu to chętnie by się skorzystało z ostatnich promieni słońca. Kilka dni temu byłam na spacerze z synkiem i nazbierałam liście klonu oraz pączki przekwitniętych róż. Zrobiłam sobie z nich wianek. 


Liście przykleiłam na wikol do styropianowego podkładu ale musiałam owinąć je cieniutką nitką bo nie chciały się przykleić. Różyczki również zrobione z liści, przymocowane do reszty drutem. 


Resztę nie wykorzystanych pączków przekwitniętej róży wrzuciłam do szklanych słoików. A słoiczki postawiłam do koszyczka zakupionego na starociach za kilka złotych. Podobają mi się takie koszyki ale na starociach rzadko można je spotkać.



Tu również starociowy zakup - ceramiczne dynie. Położyłam wcześniej żywe dynie ale niestety pod szkłem zaczęła się robić rosa więc zanim spleśniały wróciły do kuchennego koszyka. 



Miłego dnia 

Ania

poniedziałek, 20 października 2014

Czeko... czeko... czekoladowniki

Czekolada - chyba każdy ma do niej słabość, chociaż nie jadam jej często ale zdarza się zwłaszcza jak mam "zachcioła". A dlaczego o niej piszę ponieważ zrobiłam słodkie podarunki właśnie z czekoladą w środku. Tak znów pokazuję kartki ale cóż poradzę że lubię dłubanie w papierze. I ostatnio tylko na to mam czas. Po powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim jakoś tak zdecydowanie mam go mniej a pomysłów w głowie mnóstwo.




Może następnym razem pokaże przemeblowanie w kuchni jakie zrobiłam ale muszę jeszcze zagospodarować jedną półkę. Z resztą to ta półka zmobilizowała mnie do zmian.

Pozdrawiam

Ania

niedziela, 5 października 2014

Znów ślubne kartki...

Wczoraj byliśmy na weselu mojego kuzyna w Krakowie. Trochę się obawiałam tej imprezy, gdyż musiałam zabrać na nią mojego synka. I mój syn mnie zadziwił ( z resztą nie tylko mnie) bawił się lepiej niż młodzież która na tym weselu była. W rogu sali zorganizowany był kącik z zabawkami dla dzieci (oprócz mojego synka był jeszcze jeden chłopczyk starszy o 3 miesiące) i mały bawił się tam na całego. Jak zaczęła grać muzyka to był pierwszym tancerzem na parkiecie. My z mężem mogliśmy tańczyć i tylko spoglądać co robi, a on albo szalał na parkiecie albo zajmował się zabawkami. Z mamą nie chciał tańczyć najlepiej bawił się sam :)  Jak już się zmęczył to uśpiłam go i położyłam w wózku, nie przeszkadzała mu głośno grająca muzyka. Nie siedzieliśmy długo, po 22 już się zebraliśmy i wróciliśmy do domu ( trochę kawałek mamy do Krakowa). A przy okazji pokażę Wam jakie zrobiłam kartki: 






Pozdrawiam 
Ania

środa, 1 października 2014

Toile de jouy czyli angielska porcelana

Przed weekendem byłam na zakupach i udało mi się upolować w TK Maxie kubeczki Toile de jouy. Kiedyś na allegro widziałam takie kubki ale cena 70 zł plus koszt przesyłki odwiodły mnie od ich zakupu. A że zbieram angielską porcelanę właśnie w różowe (czy czerwone jak kto woli) scenki to zrobiło mi się miło jak mogłam kupić jeden kubek za 12,99. Były niestety tylko dwa do tego w innym kształcie ale cena przyjemna dla portfela plus to że chciałam je od dawna to sobie kupiłam. 


A tu część mojej kolekcji która pomalutku rośnie. Chociaż staram się ograniczać w wydatkach ale za każdym razem jak mi się coś spodoba trudno sobie odmówić. Z takich nietypowych elementów udało mi się zdobyć solniczkę i pieprzniczkę, wazę, kwadratową paterę  oraz maselniczkę, którą kupiłam za 40 zł, do dziś pamiętam cenę chociaż mam już ją parę miesięcy. Ale cena była tak kusząca że nie mogłam się oprzeć. 



Do mnie też zawitała jesień. Kilka akcentów jesiennych mam w kuchni czyli ozdobne dynie. Nie przepadam za jesienią zwłaszcza jak jest zimna i deszczowa. Jak świeci słonko, jest ciepło i można iść na spacer pooglądać zmieniającą się przyrodę to taka jest do przyjęcia. 



A to moja kolejna zdobycz, tym razem zakupiona na starociach - kosz piknikowy. Już od dawna za mną "chodził" to kupiłam go zwłaszcza że kosztował tylko 15 zł. W zestawie są dwa białe, plastikowe talerze oraz sztućce ale czego wymagać za taką cenę. Najważniejsze że ma zamykanie i pasek na ramię do noszenia. 



I dyniowym akcentem żegnam się z Wami

pozdrawiam
Ania


piątek, 19 września 2014

Piaskownica i ogród mojej mamy

Kilka dni temu mój tato skończył piaskownicę dla mojego synka. Piaskownica powstała ze starego plastikowego oczka, tata wykonał obudowę z desek. Miała być prosta a oceńcie jak wyszła. Jest zamykana co jest bardzo pomocne przy sosnach które rosną u nas na placu, bo jest bardzo dużo kolek.  Łatwiej jest je zmieść z pokrywy niż wybierać z piasku. Po rozłożeniu pokrywy stają się ławeczkami do siedzenia. Trzeba ją tylko pomalować żeby zabezpieczyć przed zimą. 



Przy okazji piaskownicy pokażę Wam ogród mojej mamy. Moja mama uważa, że ogród jest zaniedbany a wszystko przez mojego synka. Kiedy ja jestem w pracy mały jest z moją mamą a że mały jest zajmujący to nie bardzo można coś z nim zrobić w ogródku. Chce we wszystkim pomagać, ale jego pomoc wiąże się ze szkodami typu powyrywane kwiatki a jak już zobaczy lampki solarne to rozbiera na części pierwsze. Nie wiem czemu ale każde małe dziecko uwielbia się bawić wodą, więc podlewanie z moim smykiem to jest nie lada wyczyn więc trzeba to robić jak już śpi. Dom w którym mieszkam jest moim domem rodzinnym, tak mieszkam do tej pory z rodzicami. Pomyślicie sobie pewnie że jak można w takim wieku mieszać z rodzicami, no cóż jak się nie ma wyjścia to trzeba. Budujemy się z mężem ale nie jest to takie proste a raczej tanie przedsięwzięcie, chcemy uniknąć brania kredytu by potem spłacać go przez 30 lat. Mieszkać na razie mamy gdzie, więc budujemy się pomału. Dom rodzinny jest duży i mamy swoje nazwijmy to mieszkanie, bo oprócz pokoi mamy osobną kuchnię i łazienkę. Nie ukrywam że jest to wygodne mieszkać z rodzicami zwłaszcza teraz jak wróciłam do pracy, bo przynajmniej mam z kim zostawić mojego syna. Ale wracając do ogrodu są to lata pracy moich rodziców, gdyż wszystko jest wykonane ich rękami. Oczka koło domu mają już ponad 15 lat, oczywiście w między czasie były przerabiane. Jak pisałam kilka postów wcześniej ja nie mam ręki do kwiatków, więc zasługa tego jak wygląda teraz ogród to jest praca mojej mamy. Jak zauważycie tu i ówdzie można znaleźć jakieś starocie, a to stare koło a to żeliwne garki. Mama od zawsze zbierała starocie a teraz przeszło to również na mnie. Ja mam do dyspozycji jak na razie balkon i na nim chomikuje ale może za kilka lat będę mieć już swój ogród, chociaż przy moich zdolnościach będzie w nim tylko trawa ale zobaczymy. No to teraz parę zdjęć ogrodu:








Mam nadzieję że Was nie zanudziłam.
pozdrawiam
Ania

niedziela, 7 września 2014

Trojaczki :)

Oj trochę mnie tu nie było, ale trochę się działo przez ten czas. W ostatnim tygodniu sierpnia usunęłam ósemkę, no i zaczęło się. Nie spodziewałam się tego jak człowiek może spuchnąć. Przez trzy dni wyglądałam jak chomik i to taki wypasiony. Dodatkowo bolała mnie szczęka i niestety do dzisiaj mam szczękościsk co skutkuje tym że mam problem z jedzeniem. Oprócz moich problemów zębowych od 1 września mój syn chodzi do żłobka. Po moim powrocie do pracy nie mam z kim zostawić mojego syna, gdyż obie babcie pracują a nie stać mnie na wynajęcie opiekunki. Synek bardzo przeżywa pobyt w żłobku, mam nadzieje że się przyzwyczai i z czasem będzie lepiej. Jak tylko jestem w domu to spędzam z nim jak najwięcej czasu, dlatego inne rzeczy schodzą na dalszy plan i muszą poczekać na swoją kolej. Udało mi się, jak mój syn już spał, uszyć obiecane króliki dla koleżanki. I tak powstały trojaczki:


Powstał jeden chłopiec i dwie dziewczynki. Mam nadzieję że spodobają się (tak jak poprzedni) nowym, małym właścicielom. 



W planach mam przemalowanie parę rzeczy, ale ten czas dlaczego jest go tak mało. Ale nie narzekajmy, tylko cieszmy się z tego co mamy.

Pozdrawiam na dobranoc

Ania